|
Archiwum
Zakładki:
Więcej wikipedycznych blogów
Wikipedia
Z innej beczki
|
sobota, 08 października 2011
Kto opisał noblistów?
Pierwszy tydzień października, to czas, w którym nie słychać narzekań na zbyt wolą rotację aktualności na stronie głównej wikipedii. Rozgłos medialny towarzyszący ogłoszeniu nowych noblistów powoduje, że inne wydarzenia (mianowanie nowej premier Danii, czy nawet śmierć Steve'a Jobsa) giną w ich tle. Każda szanująca się wikipedia stawia sobie za punkt honoru posiadanie artykułów o wszystkich laureatach nagród Nobla, dzięki czemu dwa dni po ogłoszeniu przyznania nagrody artykuł o nobliście zawiera od 25 do 30 linków interwiki. A jak to wyglądało przed przyznaniem nagrody? Wszyscy nobliści z tego tygodnia (12 osób - laureaci nagród z ekonomii zostaną ogłoszeni w poniedziałek, więc ich (jeszcze) nie liczę) byli opisani jedynie na en wiki. Niemieckojęzyczna wikipedia miała 11 artykułów (brakowało im Tawakkul Karman, tak wyglądała pierwsza wersja artykułu o niej). Wikipedia francuska miała 8 artykułów, a potem już było słabiej: po 5 artykułów miały wikipedie szwedzka, włoska i hebrajska. Polska wikipedia wraz z chińską, hiszpańską, arabską i portugalską miały opisanych po trzech noblistów. W polskojęzycznej wikipedii mieliśmy opisanych:
Kiedy przeglądałem te artykuły, rzuciło mi się w oczy, że sporo z nich powstało na przełomie września i października, więc pewnie inspiracją do ich napisania był fakt, ze tegoroczni nobliści byli wymieniani wśród kandydatów do nagrody w latach poprzednich. Co ciekawe artykuł ''Adam Riess'' na en wiki zapoczątkował użytkownik Brianpschmidt, a artykuł ''Brian Schmidt'' - niejaki BrianPSchmidt (hasło "nobliści tworzą wikipedię" byłoby niezłym sloganem reklamowym :-)). Trochę niezrozumiałe dla mnie jest nierównomierne zainteresowanie poszczególnymi osobami: np wśród laureatów medycznego Nobla, 3 października artykuł o Ralphie Steinmannie był odwiedzony 1400 razy, artykuł "Bruce Beutler" odnotował 717 wejść, a Jules Hofmann zaledwie 647. Czyzby informacja o śmierci Steimanna była czynnikiem, który spowodował, że zainteresowanie nim było dwukrotnie większe? Ale podobny efekt można zauważyć wśród fizyków: Saul Perlmutter - 1300 odwiedzin pierwszego dnia, Adam Riess 690, a Brian Schmidt - 562. Może dlatego, że artykuł o Perlmutterze juz istniał? Być może to kwestia pisania nazwisk z inicjałem? Brian P. Schmidt odnotował dodatkowe 233 wejścia. A wniosek ogólny: pojawiające się tu i ówdzie stwierdzenie, że wikipedia się kończy, bo wszystko zostało napisane, jest... hmmm, nieco odległe od prawdy.
wtorek, 02 sierpnia 2011
Wynik guglania
Onet.pl, gazeta.pl, wprost.pl, Dziennik Wschodni... skąd te skądinąd profesjonalne serwisy czerpią materiały?
czwartek, 24 czerwca 2010
Sonisphere
Kiedy pojawiła się informacja o ich występie na Bemowie uznałem, że bilet na taki koncert będzie dobrym prezentem gwiazdkowym dla pewnego gimnazjalisty, zainteresowanego twórczością Behemotha. Kiedy nadszedł 16 czerwca, oczywiście mu towarzyszyłem. Zresztą zestaw rodzic(e) + dziecko był zaskakująco popularny. Już w tramwaju, który zmierzając w kierunku Bemowa stopniowo wypełniał się ludźmi w czarnej odzieży, rzucił mi się w oczy facet (na oko 45-50 lat) w koszulce z motywem z okładki Death Magnetic. W pewnym momencie podszedł on do grupki dziewcząt w wieku gimnazjalno-licealnym, na co jadna z nich zareagowała scenicznym szeptem: "Tato, no weź... przecież mówiłam, że spotkamy się po koncercie! No, tato!" Drugim charakterystycznym elementem były osoby, rzadko posługujące się językiem polskim - w tym samym tramwaju była to grupa (chyba) Węgrów, początkowo próbujących dosyć rozpaczliwie dopytac się, czy dobrze jadą. Potem stało się dosyć oczywiste, że trafili dobrze, zwłaszcza, że z pasażerowie autobusu jadącego równolegle machali do nas flagą Metalliki. Gdy tramwaj dojechał do pętli, nie trzeba było się zastanawiać nad kierunkiem dalszej marszruty - strumień ludzi idących w kierunku lotniska, dosyć jasno go wytyczał. Przed wejściem na lotnisko zaległa część uczestników, pozbywając się elementów spożywczych, objetych zakazem wnoszenia przez bramki. Bramki były trzy, pierwsza wstępna, na drugiej gruntowniej obejrzano mój plecak (oraz zawrócono kilku młodych ludzi, których elementy odzieży zawierały długie ćwieki oraz łańcuchy), na trzeciej przeskanowano bilety jakąś zabawką. Po przejściu tych trzech bram (i okolo dwóch kilometrów dzielących wejście od sceny) mogliśmy usiąść na trawie w oczekiwaniu na występ Behemotha. Nergal i jego gromadka pojawili się na scenie dziesięc minut przed czwartą, więc w czasie, gdy słonce stało wysoko nad sceną, co niespecjalnie pasowało do nastroju, który probował stworzyć wykonawca. Pomiędzy utworami Nergal wykrzykiwał komentarze o charakterze filozoficznym ("Boga nie ma, jest tylko człowiek!") lub zachęcał do zabawy ("Napierdalać baniami!"). Trochę szkoda, że pan Adam podjął próbę (?) zyskania uznania (?) szerokiej widowni (?) za pomocą pojawienia się w kolorowych pisemkach, bo mimo, że muzycznie było OK, to publika nie przepuściła okazji do skandowania "Doda, Doda"... Organizatorzy niemal chorobliwie trzymali się harmonogramu - po czterdzistu minutach wymalowani młodzieńcy zeszli ze sceny, a ich miejsce zajęli (po dwudziestominutowej, zgodnej z planem, przerwie) mniej wymalowani (i młodzieńcy też mniej) Scott Ian i Joey Belladonna i reszta Anthraxu. Po tym zespole spodziewałem się chyba najmniej, roszady w składzie zakończone powrotem Belladonny nie rokowały najlepiej... A tu duże pozytywne zaskoczenie - zespół rozkręcał się z utworu na utwór, publiczność (oprócz tej części, która dopiero wchodziła na stadion lub też tkwiła w środkach komunikacji zmierzających w kierunku Bemowa) załapała z nim kontakt. Wyskandowane "Indians" z tradycyjnym tańcem w pióropuszu potem "Only" (Joey Belladonna twierdzil, że dla niego to cos nowego, co byłoby dziwne, ale nie niemożliwe). Niestety czas gonił i po czterdziestu minutach zeszli ze sceny. I znowu 20 minut przerwy, po ktorych na scenie pojawiła się dekoracja z czegoś w rodzaju okien (?) oraz Dave Mustaine w białej koszuli. Niestety, może w porównaniu z Anthraxem, Megadeth wypadł słabo. Zagrali... i właściwie to wszystko, co o ich występie można powiedzieć. Widzowie się wyciszyli, zresztą Rudy nawet nie szukał z nimi (nami) żadnego kontaktu. Owszem "Symphony of Destruction" swoją siłę miało, ale to właściwie tyle. Szkoda... Półgodzinną przerwę wykorzystałem na zwiedzenie przybytków gastronomicznych; "pizza" wielkości spodeczka do herbaty (ale za 15 zł) i cola bez nakrętki nie było tym o czym marzyłem, ale w końcu nie przyszedłam tam spełniać marzeń kulinarnych. Po powrocie na strategiczne miejsce (po prawej stronie miałem stosunkowo pustą przestrzeń, bo widok na scenę zasłaniała konstrukcja słupa oświetleniowego) stwierdziłem, że przyjęcie pozycji siedzącej, jaką zajmowaliśmy w poprzednich antraktach, byłoby nieco ryzykowne. Zresztą nie było takiej potrzeby, bo Slayer zjawił się punktualnie. Słonce chyliło sie ku zachodowi (podoba mi się to zdanie, zawsze chciałem je gdzieś napisać ;-)), czyli opuszczalo się coraz niżej nad scenę, co dało efekt, jak na załączonym obrazku. Muzyka Slayera wydaje sie bardzo prosta, Kerry King powtarza przewodni riff danego utworu, a sekcja rytmiczna dąży do przekroczenia bariery dźwięku (czyzby stąd pochodziła nazwa festiwalu?). Moze jej nie przekroczyli, ale byli na tyle tego blisko, że wprawili w drgania wszystkich widzów (właściwie słuchaczy - widać było praktycznie tylko słońce). Grali dłużej od poprzednich zespołów, ale i tak krótko, więc zmieścił się zestaw klasyczny od "World Painted Blood" poprzez "Dead Skin Mask" i "Angel of Death", a zakonczyli "South of Heaven" i "Raining Blood". Niesamowicie, że blisko pięćdziesięcioletni faceci potrafią tak wymiatać, (choć zdrowie juz nie to - problemy Toma Arayi z kręgosłupem nie pozwalaja mu za bardzo głową machać). Ostatnia przerwa była najdłuższa i było to jedyne odstępstwo od harmonogramu - Metallica spóźniła sie około 15 minut. W międzyczasie zaszło słonce, więc rozpoczynający koncert fragment westernowej muzyki Ennio Morricone był jak najbardziej na miejscu. Na scenie pojawił sie wielki telebim, widoczny (jak sądzę) z każdgo miejsca na lotnisku. A muzycznie mieszanka starych utworów z nowymi (z Death Magnetic). Ze starych największy show towrzyszył wstępowi do "One", w niebo wystrzelały fajerwerki, na scenie pojawialy się płomienie... "One" płynnie przeszło w "Master of Puppets"... ech... Z czarnego albumu Metallica zagrała "Enter Sandman", "Nothing else matters" (najchłodniej przyjętą) oraz Sad But True. Tą ostatnią Hetfield zadedykował pozostały zespołom... hmmm... co miał na myśli? Może "Smutny, ale prawdziwy jest fakt, że to my robimy za gwiazdę..."? Hetfield kilkakrotnie podkreślał wyjątkowośc wydarzenia, jakim był wspolny koncert Wielkiej Czwórki i zachwycał (ciekawe, czy szczerze), atmosferą oraz ilością ludzi ("nie widze końca..."). Na bis zagrali Stone Cold Crazy z repertuaru Queen (JH oświadczył, że bez tego zespołu Metallica nie byłaby tym, czym jest) i na zakonczenie "Seek and Destroy". Granie się zakończyło, ale ekipa pozostała na scenie, m.in. aby rzucac publiczności okolicznościowe kostki do gitar z logo poszczegolnych zespołów wielkiej czwórki. Jedyne polskie słowo (nie licząc wypowiedzi Nergala), ktore padło ze sceny, wypowiedział Robert Trujillo. Było one niezłym podsumowaniem koncertu... "Zajebiszcie"... Hetfield wyglądał na zaskoczonego, kiedy jego okrzyki ze sceny, zagłuszył (sympatyczny skądinąd) głos "Zarząd Transportu Miejskiego informuje...". Wydostania się z Bemowa nie podejmuje sie opisać, wyszłaby z tego Odyseja... *** Co ciekawe statystyki wikipedii potwierdzają, że cały Sonisphere był odebrany jako występ Metalliki (o). Dzien po koncercie artykuł Metallica był odwiedzony ponad 6200 razy, Slayer - 3800, Anthrax 1800, Megadeth 1700, Behemoth 725, a Sonisphere Festival zaledwie 558 razy.
niedziela, 11 kwietnia 2010
Po 10 kwietnia
O katastrofie dowiedziałem się stosunkowo późno - robiłem zakupy i nie mogłem zrozumieć, o czym mówią ludzie w sklepie. Zlitowała się ekspedientka: "Słyszał pan? Rozbił się samolot z Kaczyńskim... Wszyscy zginęli..." *** Edytorzy wikipedii podzielili się na dwa obozy. Część chciała jak najszybciej zaktualizować wszelkie artykuły o ofiarach katastrofy, dodając datę śmierci w oparciu o informacje z mediów (przecież widać, że nikt nie przeżył). Druga opcja (do której również należałem) trzymała się zasady weryfikowalności informacji, uważając, ze dopóki na stronie www.prezydent.pl znajduje się komunikat "...głęboko wierzymy, że nieoficjalne informacje się nie potwierdzą...", to wszystkie doniesienia należy traktować jako niepotwierdzone i czasowo zabezpieczyć newralgiczne artykuły przed edycją. Zwłaszcza, że w mediach panował chaos informacyjny, zmieniały się informacje o liczbie ofiar, pojawiły się plotki o trzech ciężko rannych osobach. Czas pokazał, że większość wprowadzonych informacji była (niestety) prawdziwa, ale w ferworze wprowadzania zmian do listy ofiar omyłkowo dopisano Jarosława Kaczyńskiego, Andrzeja Seweryna, Wojciecha Jaruzelskiego... *** Śmierć grupy osób istotnych dla funkcjonowania państwa jest wydarzeniem godnym najwyższej uwagi i powagi. Osoby te należy traktować z należnym szacunkiem, zwłaszcza, że były przedstawicielami narodu, wyłonionymi w powszechnych wyborach, ale... W nekrologu prezydenta Kaczyńskiego na BBC News napisano "Polish President Lech Kaczynski, who has been killed in a plane crash at the age of 60, was a controversial figure on the world stage." i to samo można powiedzieć o wielu ofiarach katastrofy: były to osoby pod pewnymi względami kontrowersyjne i niezbyt popularne. W tym kontekście nadmuchiwanie patetycznego balona hasłami o kwiecie narodu, elicie intelektualnej, efektowne porównania (Drugi Katyń) itp. budzą tylko politowanie i chęć wyciągnięcia kontrhaseł spod znaku "Nie płakałem po papieżu". ***
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Ławeczki
Jakiś czas temu w lesie w pobliżu kampusu UMK w Toruniu (o tu) stanęło klika solidnych drewnianych ławek. Na każdej z nich znajdowała się tabliczka z napisem: "Tę ławeczkę ufundowała mieszkanka ulicy Gagarina, mając nadzieję, że inni pójdą w jej ślady" (cytat z pamięci, więc mogłem coś przekręcić). Tabliczki były metalowe, więc błyskawicznie zostały ukradzione, ławki stoją, choć nieco zdezolowane, a fundatorka (starsza pani, która lubiła spacerować po lesie, a że zdrowie odmawiało jej posłuszeństwa, to w trakcie spaceru chciała czasem usiąść) kilka dni temu zmarła. Nazywała się Elżbieta Zawacka...
*** I mam tylko nadzieję, że zanim ktoś wpadnie na pomysł wystawienia jej pomnika albo powieszenia marmurowej tablicy, pomyśli o odnowieniu ławek...
niedziela, 31 sierpnia 2008
Blog Day?
Podobno 31 sierpnia przypada Dzień Bloga, w którym każdy bloger powinien wymienić pięc czytywanych przez siebie blogów. Co prawda ze mnie bloger jak... (niedomówienie takie), poprzedni wpis miał tu miejsce ponad trzy miesiące temu. Od tego czasu RL pochłonął mnie na tyle, że nie tylko nie piszę, ale i niewiele czytam. Początkowo sądziłem, że pięciu regularnie czytywanych blogów nie znajdę, wystarczyło jednak przejrzenie zaprenumerowane kanałów rss, żeby przekonać się, że jest ich nawet więcej.
Wychodzi na to, że blogi, które czytam regularnie mają charakter głównie rozrywkowy. Cóż, jeśli szukam tekstów na bardziej ważkie tematy, to szukam gdzie indziej (i też nierzadko trafiam na blogi) .
wtorek, 13 maja 2008
Trochę samokrytyki
Ostatnio zgłosiłem kandydaturę pewnego wikipedysty na administratora. Uznałem, że osoba, która bardzo aktywnie działa w biogramach polityków, powinna mieć możliwość zabezpieczania stron oraz edytowania artykułów już zabezpieczonych. Kandydat uzyskał 78,8% głosów poparcia, o braku wymaganych 80% przesądził jeden głos sprzeciwu za dużo. Taki przebieg głosowania musi budzić zainteresowanie zwolenników rożnego rodzaju teorii spiskowych, w które to teorie nie wierzę (tak w tym, jak i w prawie każdym innym przypadku). Postanowiłem jednak przyjrzeć się argumentacji osób zgłaszających sprzeciwy wobec kandydatury i zastanowić się w tym kontekście nad swoją działalnością. Najczęściej zgłaszanym argumentem był brak zaufania: argument o tyle rozsądny, że podstawą działań administratora musi być właśnie mandat zaufania społeczności. Niestety z argumentem tym trudno jest polemizować. Pozostałe motywacje głosów były następujące:
Równocześnie trwało drugie PUA, zakończone uzyskaniem uprawnień: wśród głosów, które tam padły, zwróciłem uwagę na kilka:
*** Głównym powodem rezygnacji z uprawnień jest czas, a właściwie jego brak. Moja wikiaktywność ostatnio znacznie spadła, a w najbliższym czasie prawdopodobnie spadnie jeszcze bardziej. Oprócz tego po dwóch latach zajmowania się sprzątaniem, warto od tego odpocząć i popatrzeć na wikiświat z punktu widzenia uzytkownika bez dodatkowych guzików. Ale to, o czym napisałem powyżej było impulsem, który zdecydowanie wpłynął na podjęcie decyzji
sobota, 26 kwietnia 2008
Panel z przeszkodami
W ramach 8. Toruńskiego Festiwalu Nauki i Sztuki odbyła się dyskusja panelowa zatytułowana "Wikipedia od kuchni". Miałem okazję, wraz z Encym i Lornem wziąć w niej udział. Frekwencja (biorąc pod uwagę konkurencję ze strony innych imprez festiwalowych) dopisała. Audytorium było nastawione zdecydowanie pozytywnie, nie padły żadne pytania wskazujące na zdecydowaną niechęć do idei Wikipedii (a może szkoda, że nie padły?). Tematyka standardowa, ale dosyć ciekawa: porównanie Wikipedii i Encyclopaedii Britannica, sprawa Batuty, sprawa Essjaya i kilka innych. Ency realizował misję ( ;-) ), zręcznie wplatając do swoich wypowiedzi nawiązania do podstawowych zasad Wikipedii (weryfikowalności, neutralnego punktu widzenia etc.). Nie mnie oceniać, jak to wyszło (choć wydaje się, że nieźle). Oczywiście zdarzyła nam się wpadka: końcowym punktem panelu miał być krótki pokaz edytowania Wikipedii, celem sformułowania przesłania „Zobaczcie, jakie to łatwe!”. Lorn wszedł na stronę z artykułem o uczelni, na której gościliśmy. Z sali padło stwierdzenie, że zmienił się rektor. W dobrej wierze zaproponowałem dodanie rektora-elekta do infoboksu... i porażka (mimo kilku prób). Dopiero w domu zorientowałem się, że infobox nastawiony jest na wprowadzenie jednego parametru, do którego tworzy automatyczny link i próba wprowadzenia dwóch nazwisk (rozdzielonych czymkolwiek) była z góry skazana na niepowodzenie. Popsułem więc infobox i teraz działa prawidłowo. Był to już (dopiero?) drugi oficjalny przejaw współpracy WMiI UMK z wikipedystami (pierwszy był wykład Ency'ego), a przeczucie podpowiada mi, że nie ostatni...
sobota, 15 marca 2008
Po częstochowsku...
Inspiracja była tu... *** Gdzie jest Banie, a gdzie Pranie? Ile jest w Przyłubiu torów? Skąd brać takie informacje i gdzie szukać ich autorów? Kto grał w "Modzie", a kto w "Wodzie"?Kto Naruto spisał dzieje? Czy jakaś encyklopedia wątpliwości me rozwieje? Kim jest Sziksa, a czym wiksa? Co pokemon ma na głowie? Tylko jedna strona w sieci na pytania te odpowie. Na niej ludzie jacyś dziwni, zamiast patrzeć na Jin-Kwona Piszą swoje artykuły - napisali pół miliona o przystankach, posłach, stworkach, o wesołych (też) aktorkach... Kim ci ludzie są, zapytasz: Czy masoni, czy cykliści? Znacznie gorzej (na to powiem), to są wikipedyści...
piątek, 29 lutego 2008
Spojrzenie z boku na "Wikipedię od środka"
Właśnie wysłuchałem wykładu zatytułowanego "www = Wikipedia od środka, czyli wytrzymałość + weryfikowalna wiedza" wygłoszonego przez dr Janusza Dorożyńskiego, a zorganizowanego przez Polskie Towarzystwo Informatyczne. Wrodzona złośliwość nie pozwala mi nie wspomnieć o kilku lapsusach, choćby nazwaniu przestrzeni głównej stroną główną (wiem, przejęzyczenie), czy nieco odbiegających od prawdy charakterystyk problemowych użytkowników (mniejsza z tym, o kogo chodziło, ale druga z wymienionych osób odeszła sama, a nie została zablokowana, a trzecia jednak miała pewien znaczący wkład merytoryczny), a artykuł o Henryku Batucie w Wyborczej pojawił się 9 lutego 2006, czyli już po usunięciu artykułu (4 lutego). Oczywiście były to drobiazgi nie pomniejszające wartości wykładu jako całości. Mimo, że Ency zaledwie zasygnalizował wiele okołowikipedycznych tematów, to i tak znacznie przekroczył przewidziany czas wykładu. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony, że aż tyle można o Wikipedii mówić. Dla mnie, jako dla osoby nieco obeznanej z tematyką, najciekawszą jego częścią były pytania słuchaczy, dające do myślenia na temat odbioru Wikipedii przez naukowców. Pytania te zaczynały się słowami: "Kiedy moi studenci przedstawiają na seminariach materiały oparte na Wikipedii, to..." i tu następowała seria zarzutów o naruszanie praw autorskiech, błędy merytoryczne, weryfikowalność, wtórność wiedzy, brak kompetentnych recenzentów itp. Część zarzutów wynikała z pobieżnej znajomości charakteru Wikipedii, a część z uznania pewnych patologii (niestety częstych, jak naruszanie praw autorskich) za regułę. Ale muszę przyznać, że inicjatywa polegająca na kierowaniu informacji o Wikipedii do konkretnego "targetu" jest krokiem w dobrym kierunku (czego nie można IMHO powiedzieć o usilnym poszukiwaniu możliwości zwiększenia liczby edytorów bez względu na ich kompetencje). Wydaje mi się, że powiedzieć Śmiało edytuj, to nieco za mało, nastepnym krokiem powinno być pokazanie jak to robić, czyli zorganizowanie warsztatów na żywym organizmie. Obawiam się bowiem, że osobom kompletnie niezorientowanym w mechanizmach wiki wiedza teoretyczna niewiele pomoże. Odniosłem wrażenie, że zwłaszcza omówienie zasady neutralnego punktu widzenia bez konkretnego przykładu, zabrzmiało raczej mgliście i tajemniczo (a może to tak miało być ;-)). A na koniec dwie uwagi bardziej osobiste:
|